Emocje przy nauce języków obcych – ZŁOŚĆ

Keitah

Jestem zła.

Nie chodzi mi o bycie złym człowiekiem, potworem czy też wiedźmą jak to niektórzy mnie nazywają. Po prostu dziś się na kogoś wkurzyłam. I to mocno. Zresztą, słówko „wkurzyłam” to spore niedopowiedzenie i podejrzewam, że wiesz jakiego słówka bym użyła, gdybym tylko nie była świadoma, że nie warto kaleczyć języka (to nie w moim stylu). Cóż, mój nastrój dziś popsuty był do tego stopnia, że musiałam jakoś odreagować swoją złość, by nie wybuchnąć i nie zacząć się wyżywać na rodzicach, zwierzątku i reszcie świata.

Co mnie uspokaja?

Cóż, jest to nauka języków obcych (nie trudno zresztą zgadnąć). Jest to moja pasja, a rozwijanie ich jest w stanie diametralnie zmienić mój humor. Aby tak się stało, wypracowałam u siebie specjalny system nauki na wszystkie emocje, które mnie ogarniają.

Jeśli nie kumasz o co mi chodzi, to jedno zdanie podsumowujące – inaczej się uczę kiedy jestem szczęśliwa, zainspirowana, wściekła, pełna zemsty itp…

Chciałabym zacząć od złości, bo to uczucie w tej chwili u mnie przeważa. Nie jest to może najlepszy pomysł, ale przybieranie uśmiechniętej buźki, gdy jestem wściekła też nie jest dobrym rozwiązaniem.

A więc, zaczynajmy. (w tym miejscu jak to zwykle powinna być happy emotikonka, ale dziś jestem zła, więc mam focha na wszystkie wesołe buźki).

Co robię gdy jestem zła?

Zaczynam od poczochrania się po głowie. Potem wydaję coś w stylu okrzyku bojowego, ale w moim wykonaniu wychodzi ono dość zabawnie i dziecinnie.

Następnie biorę ołówek automatyczny i zaczynam tworzyć zdania w języku obcym (najczęściej jest to koreański lub japoński). Piszę je ołówkiem, bo gdy jestem zła, bardzo mocno zaciskam dłoń i wtedy jestem w stanie zepsuć wszystko. Ołówki automatyczne mimo posiadania rysików jakoś motywują mnie, by w chwili złości opamiętać się i nie wyżywać się na przedmiotach martwych. Dlatego też jakimś cudem ich nie łamię. A poza tym kolor wściekłego różu mnie uspokaja.

ołówek złość

Potem zaczynam się uczyć tylko jednego języka.

Jest to język niemiecki. Nie ukrywam, mam z nim złe wspomnienia i dlatego w pewien sposób zraziłam się do niego. Ucząc się jednak tego języka, jestem w stanie przelać całą swoją złość w efektywność w nauce. Uczę się wtedy do późnych godzin nocnych i kończę dopiero wtedy, gdy zasypiam na siedząco i zaczynam myśleć o wygodnym łóżeczku.

Często zdarza mi się również, że przez złość nie jestem w stanie spać. Wtedy zdeterminowana wstaję, kładę lewą i prawą stopę na podłodze, a następnie maszeruję do komputera, gdzie odpalam program do nauki języka niemieckiego. Jakoś zawsze tak to się składa, że jest wtedy 3 w nocy.

Trze… Trze… Trzecia?

Tak, trzecia. W niektórych horrorach jest to godzina, w której dzieją się zawsze złe rzeczy (a przynajmniej tak słyszałam, bo ja mogę oglądać tylko niektóre horrory; po prostu się ich boję). Mam tę teorię również potwierdzoną przez mamę mojej koleżanki z podstawówki, która o tej godzinie widziała swojego zmarłego tatę. Mrozi krew w żyłach, prawda?

Dlatego też uczę się wtedy niemieckiego.

Moja wewnętrzna bogini (tak, czytam ostatnio 3 część „50 twarzy Greya”, ale ciężko mi to idzie; ta książka jest po prostu BADZIEWIEM i nie wiem jakim cudem przeczytałam poprzednie dwa tomy) uzbrojona jest wtedy w zbroję rycerza, miecz godny Lancelota i mówi: „JAM JEST LADY KEITAH I WŁAŚNIE SIĘ UCZĘ, WIĘC WSZYSTKO CO ZŁE NIECH IDZIE WON ODE MNIE”.

Więc… w skrócie tak to wygląda. Poprzez naukę języka obcego złość przeradza się w zdeterminowanie, a determinacja powoduje u mnie chęć pokazania wszystkim, że nie warto ze mną zadzierać.

Cóż, takie są moje „rytuały” do wykonania, gdy jestem zła. Bardziej skończyło się na opisaniu wszystkiego innego, ale myślę, że jeden przekaz jest jasny – warto wypracować swój system nauki na każdą emocję.

P.S. Jak Ty pokonujesz złość? Może Twój sposób mi jakoś pomoże?