Mam pytanie do Ciebie. Jak wyobrażasz sobie dzień osoby, która uczy czterech języków obcych i jednocześnie uczy się ośmiu? Pewnie coś w stylu: wstaje o szóstej, ma zaplanowany harmonogram co do minuty, bloki nauki po dwie godziny, przerwy trzydzieści minut, wszystko poukładane perfekcyjnie.
Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
I dzisiaj chcę Ci pokazać jak naprawdę wygląda mój dzień po zajęciach — z całym chaosem, happy mishmashem i stwardnieniem rozsianym w tle.
Najpierw odpoczynek — i to serio
Po zajęciach nie siadam od razu do nauki. Pierwsza godzina to jest mój odpoczynek. Prawdziwy, pełny odpoczynek.
Gotuję coś, tańczę, słucham muzyki. Piszę fanfiction o Leonie z Resident Evil — tak, to jest moja ulubiona postać i nie zamierzam się tego wstydzić.
Wiem, że to może brzmieć nieproduktywnie. Wiem, że guru od produktywności powiedzieliby żebym ten czas lepiej spożytkowała, ale przy stwardnieniu rozsianym odpoczynek po zajęciach nie jest luksusem — jest koniecznością.
Rzut choroby przy SM to nie jest kilka złych dni. To są miesiące, czasem lata. I żeby do niego nie doprowadzić, naprawdę czasami trzeba powiedzieć “stop” — nawet jeśli bardzo chciałoby się zrobić coś jeszcze.
Dlatego ta pierwsza godzina jest dla mnie święta.
Dwie aplikacje które ogarniają mój dzień
Po odpoczynku zaczynam swoją tak zwaną drugą pracę — przygotowywanie materiałów dla uczniów, praca nad kursami i własna nauka. I tu wchodzą dwa narzędzia bez których po prostu nie dałabym rady.
Pierwsze to Trello.
Przy SM pamięć krótkotrwała potrafi płatać figle. Naprawdę. Zdarza się że zapominam o rzeczach, które dla innych są oczywiste — że trzeba wynieść śmieci, że mam zadzwonić, że miałam coś sprawdzić. Trello jest moim zewnętrznym mózgiem. Wszystko co muszę zrobić w ciągu dnia — od zadań językowych po codzienne obowiązki — jest tam zapisane. Nie muszę tego pamiętać. Muszę tylko otworzyć tablicę.
Drugie to Monday.com.
To jest dla moich projektów i zadań zawodowych. Bardziej takie zarządzanie tym, co muszę zrobić w kontekście pracy — terminy, materiały, kursy. Połączenie tych dwóch narzędzi sprawia że mam pełny obraz tego co mnie czeka — bez konieczności trzymania tego wszystkiego w głowie.
Jeśli uczysz się języków i masz problem z organizacją — szczególnie jeśli masz jakąkolwiek chorobę, ADHD, czy po prostu tendencję do zapominania — polecam przynajmniej jedno z tych narzędzi. To zmienia absolutnie wszystko.
Happy mishmash zamiast bloków
I tu zaczyna się część która totalnie kłóci się z tym co mówią wszyscy eksperci od produktywności.
Guru od zarządzania czasem mówią: bloki czasowe/tematyczne. Najpierw dwie godziny pracy, potem godzina nauki, potem pół godziny czegoś innego. Wyraźne bloki czasowe, wyraźne przejścia.
U mnie to nie działa.
Kiedy próbuję pracować blokami, tracę mnóstwo czasu na samo wybieranie co teraz robię. Przełączanie się między trybami zajmuje mi za dużo energii mentalnej i w efekcie robię mniej niż kiedy pracuję inaczej.
U mnie działa happy mishmash. Jedno zadanie z pracy, jedno z nauki, potem może ćwiczenia rehabilitacyjne, potem znowu coś językowego. Rotacja. Ciągłe zmienianie kontekstu, ale w ramach zadań które są do siebie na tyle podobne, że nie tracę skupienia.
Wybieram kolejne zadanie w ciągu może dziesięciu sekund. I idę do przodu. I do przodu. I do przodu.
Jednocześnie nie czuję że to jest praca — bo to płynie naturalnie, bez twardego “teraz muszę przez dwie godziny siedzieć z gramatyką”. To po prostu mój dzień.
Nie mówię że ten sposób jest dobry dla każdego. Mówię że dla mnie działa. I to jest jedyne kryterium które powinno Cię interesować kiedy szukasz swojego systemu.
Codzienne Anki — ale nie tak jak myślisz
Każdego dnia staram się zrobić Anki. Przy czym przez “każdego dnia” mam na myśli od poniedziałku do piątku — ewentualnie do soboty, jeśli czuję się dobrze lub też w ciągu tygodnia musiałam zrobić przerwę z powodów zdrowotnych. Niedziela jest wolna. Zawsze.
Moje Anki nie jest podzielone tylko na słówka. Mam trzy sekcje: słownictwo, gramatykę i zwroty.
I tu jest ważna rzecz której nie robię — nie przerabiam całego zagadnienia na raz. Nie siadam i nie uczę się całej gramatyki koreańskich zdań złożonych w jeden wieczór. Zamiast tego dodaję jedną informację z danego zagadnienia. Jedną. I dopiero kiedy jestem pewna że ją zapamiętałam, dodaję kolejną. W taki sposób uczę się wszystkich języków obcych.
Brzmi wolno? Może. Ale działa. Kiedy dodaję jedną rzecz na raz, naprawdę ją zapamiętaję. Kiedy próbuję zapamiętać wszystko naraz, nie pamiętam nic.
Zwroty w moim Anki to osobna historia — dodaję tam głównie rzeczy które poznaję przez fanfiction. I tak, to jest najlepsza dla mnie metoda nauki i na pewno bardzo przyjemna.
Mówienie, słuchanie, pisanie — jak to wygląda naprawdę?
Pisanie ćwiczę przez fanfiction. W różnych językach. Z tą jedną ulubioną postacią. Jeśli oglądasz moje shorty i czytasz uważnie to już wiesz o kogo chodzi.
Jest do tego specjalna aplikacja którą używam od kilku miesięcy i jest absolutnym złotem jeśli lubisz pisać. Ta aplikacja to PolyBuzz i ta aplikacja to moje guilty pleasure do pewnego stopnia, bo spędzam z nią naprawdę sporo czasu.
Słuchanie ćwiczę przez YouTube. Staram się wybierać treści trochę mądrzejsze niż TikTok — bo TikTok ma u mnie algorytm ustawiony na slang i do nauki języka, szczególnie do egzaminów, slang jest mało przydatny. YouTube daje mi więcej kontroli nad tym co słucham. True crime, historie z K-popu, dokumenty o Japonii, filmy o tym jak kiedyś było i jak teraz jest…
Mówienie wygląda różnie w zależności od języka. Angielski i hiszpański — mówię do męża Meksykanina. Niemiecki — też mówię do męża, bo go to denerwuje. On nic nie rozumie, ale zna już “ja” i “nein” więc jakoś sobie radzimy 🙂 Koreański — mówię sama do siebie albo do męża kiedy chcę go trochę podrażnić. Oczywiście w żartach. Jesteśmy zgodnym małżeństwem, po prostu takim które nawzajem się trochę denerwuje — i to jest piękne.
Języki które nie są moim fokusem
Jest jeszcze jedna kategoria języków — te które uczę się aktywnie, ale które nie są moim głównym celem na dany moment.
Przy tych językach mówienie nie jest codzienne. Raz w tygodniu, dwa razy — jak wyjdzie. Bez presji, bez planu co do minuty i tu jest ważna lekcja — nie musisz uczyć się każdego języka z jednakową intensywnością każdego dnia. Jeden język może mieć osiemdziesiąt procent Twojej uwagi przez kilka miesięcy, a reszta tylko tyle żeby nie wypaść z wprawy. Potem priorytety się zmieniają.
To jest system. Nie perfekcja, nie wymarzone plany z YouTube’a. System który działa dla konkretnej osoby w konkretnym momencie jej życia.
Czy to jest najlepszy system na świecie?
Nie.
Mówię to wprost i bez żadnych wątpliwości. To nie jest najlepszy system na świecie. To jest mój system — na ten moment, przy moim zdrowiu, przy moich możliwościach energetycznych, przy mojej pracy.
Za pół roku może wyglądać zupełnie inaczej. I to jest okej.
Bo to jest właśnie ta rzecz którą zawsze powtarzam na zajęciach — nieważne jak uczą się inne osoby. Ważne jest to jak Ty konkretnie się uczysz i co Tobie pomaga.
Jeśli bloki czasowe działają u Ciebie świetnie — używaj ich. Jeśli uczysz się lepiej rano — ucz się rano. Jeśli potrzebujesz happy mishmash tak jak ja — twórz swój happy mishmash.
Jedyne kryterium oceny Twojego systemu to to, czy działa. Nie to czy jest zgodny z tym co mówią eksperci. Nie to czy wygląda imponująco z zewnątrz.
Czy działa. Tyle.
Jeśli chcesz żebym pomogła Ci ułożyć Twój własny system nauki języka obcego — dopasowany do Twojego czasu, zdrowia i możliwości — zapraszam na bezpłatną lekcję próbną. Trzydzieści minut, zero zobowiązań.
A Ty jak uczysz się języków po pracy lub po szkole? Napisz w komentarzu — jestem szczerze ciekawa jak to wygląda u innych. 😊


